Kocham wracać do domu, stęskniona za dziećmi i za domem. Bardzo lubię podróżować, oglądać, czuć każdym zmysłem nasze wyprawy. Ale też lubię być w naszym domu, w ciszy, w spokoju, w mojej sypialce, na różowym fotelu. 

Jednym ze szczytów dobrostanu jest stan gdy nigdzie nie muszę pędzić, a moja głowa jest zwolniona od zagadek logistycznych, wyzwań domowo - dziecięcych. I właśnie po powrocie naszym z Hiszpanii taki następny weekend miał być i ...był. Po miesiącach jakiegoś dzikiego maratonu, miało nastąpić zwolnienie. W sobotę miałam ostatni dzień szkoły, a niedziela już była wolna. Zapach tego pierwszego wolnego weekendu (a właściwie niedzieli) od nie wiem jak dawna miał zapach wolności. Zrobiłam ciasto truskawkowe, kompot i nawet leżałam na kanapie, czytając książkę – beletrystykę, żadnych pouczaczy, albo poradników. Było dobrze. Potem kolejne dni i szybkie przygotowania do końca szkoły i długi weekend. I tutaj z dziką satysfakcją wysyłałam spojrzenia typu „orewłar“ na kolejki samochodów sunące w żółwim tempie przez nasze Łomianki na Hel, a z drugiej strony Wisły nad Zegrze. Szanuję każdy patent wakacyjny urlopowiczów, a już najbardziej te patenty, które powodują, że mogę sidzieć w moim domowym ogródku w ciszy, tylko ptaki mi towarzyszą i nie ma karcherów, kosiarek i innych „umilaczy“ weekendu. 

Kocham długie wekendy i wakacje w Warszawie, w moich Łomiankach. Kocham zapach miasta wieczorem, po upalnym dniu, albo po deszczu, uwielbiam mój ogródek, gdzie cisza wakacji i długich weekendów pozwala słyszeć ptaki. 

Plac Europejski, Warszawa, Długi weekend czerwcowy

Plac Europejski, Warszawa, Długi weekend czerwcowy

Plac Europejski, Warszawa, Długi weekend czerwcowy

Plac Europejski, Warszawa, Długi weekend czerwcowy

Plac Europejski, Warszawa, Długi weekend czerwcowy
To co udało nam się dostać i wypracować w naszej rodzinie to brak przymusu wyjeżdżania na wakacje i długie weekendy, tylko dlatego, że są one zdefiniowane jako wolne. Gdziekolwiek tłumy, mnie nie ma. Dlatego wakacje rodzinne spędzamy poza wakacjami, długie wekendy poza długimi ustawowo weekendami. Dziewczynki oczywiście mają kolonie, obozy – ba...nawet nie można planować wakacyjnego wyjazdu rodzinnego, bo „obóz z Chrisa“ albo „językowy“ zawsze wygra. 


Mój kolega Marcin Grudzień, terapeuta, specjalista od warsztatów ojcowskich, rodzicielskich o długim weekendzie, w czwartek ubiegłego tygodnia, na Fb napisał coś co mocno rezonuje z moim oglądem wypoczynku: 


„A może by tak zmiana w myśleniu o czasie wolnym, urlopie? Bez presji o dwóch tygodniach bez myślenia o pracy, wyjazdach do ciepłych (po co?) albo zimnych krajów, bez konieczności wyraźnej zmiany perspektywy. Może tak zwolnić w wielkim, rozgrzanym mieście? Zająć się sobą - ciałem i wnętrzem (tyle rzeczy, potrzeb, niezrealizowanych chęci przychodzi do głowy) bez presji, że trzeba gdzieś szybko zniknąć i jeszcze szybciej "odpocząć". Pracować i dbać o równowagę. Koncepcja slow job w letnim mieście.“
Bardzo w punkt, prawda? 


W weekend wszystko co chciałam, zrobiłam. Troszkę musiałam zweryfikować plany, bo Matyśka zapadła się w anginowym gorączkowym gigancie i musiała swoje wychorować. Ale udało mi się być wieczorem w Warszawie, w Centrum na spacerze, być na spacerze nad Wisłą w Łomiankach, czytać, medytować, siedzieć na fotelu różowym z nogami zadartymi na podłokietniku i pisać, napisałam kolejne zadania w moim nowym wyzwaniu „zadbanej finansowo“, posadziłam kwiatki w donicach, jako ostatnia na osiedlu, ale to też jest ok. Aaaa i jeszcze zaczęłam podglądać taniec 5 rytmów (rodzaj medytacji w ruchu - byłam, praktykowałam, ale jeszcze ustalam ze sobą czy mi się podobało): . I byłam na dniu Taty i spóźnionym dniu Mamy . Pyszny obiad mojej mamy i bardzo milutkie popołudnie. 

Jezioro Kiełpińskie, Dziekanów Leśny

Jezioro Kiełpińskie, Dziekanów Leśny 

Jezioro Kiełpińskie, Dziekanów Leśny 

Jezioro Kiełpińskie, Dziekanów Leśny 

Jezioro Kiełpińskie, Dziekanów Leśny 

Jezioro Kiełpińskie, Dziekanów Leśny

Dobrostanu miałam na prawdę dużo. Bez pośpiechu, oczekiwań i ze spokojem. No właśnie, ten spokój. Jako osoba wysoko wrażliwa bardzo go potrzebuję, ale też mam wrodzoną trudność go sobie zorganizować. To dla mnie cały czas są Himalaje. Jestem w stanie już o poranku zrobić sobie takie napięcie w głowie, że dzień mógłby już tak na prawdę się kończyć o 10.00. Całe powodzenie w ciągu dnia polega na tym, aby wszystkie czynności robić spokojnie, bo wiem, że nie zrobię więcej niż mogę. Zawsze chciałam więcej, mocniej, szybciej „ I wanted now, I wanted all“ tak jak by coś miało za chwilę się skończyć, czegoś zabraknąć– jak towar w komunistycznym sklepie. Aż przyszedł pewien czas, że padłam pod ciężarem mojej głowy i uczę się każdego dnia właśnie robić tyle ile mogę i będzie mi dane zrobić. Każde przesadzenie działań skutkuje nerwowością i byciem mało przyjemną dla domowników i otoczenia. I mam ogromną wdzięczność, że dane jest mi tak teraz żyć. 

P.S. Został mi jeszcze do opisania jeden kawałek pięknej Portugalii, i na pewno to zrobię soon. Będą to achy i ochy nad piękną drogą nr N222.