Jest tak jak ma być...
Po raz pierwszy zostałam mamą w roku 2001. Urodziłam wtedy Mikołaja. Boże, jak bardzo moje wyobrażenia, oczekiwania i fantazjowanie na temat obszaru „dziecko w domu“ były różne od tego z czym wylądowałam w domu, po wyjściu ze szpitala.
Już parę miesięcy przed porodem planowałam pokój mojego Synka, widziałam siebie na spacerach w zielonej jeszcze (październik) scenerii Chomiczówki czy okolicznego lasku. Synek śpiący w pięknym śpiworku (granatowy z bałwankiem), w pięknym wózku i ja jako bogini Shiva/ uduchowiona matka, pchająca leciutko wózeczek, czasami siedząca jeszcze z książką na osiedlowej ławeczce. I taka sielanka mi się jawiła jeszcze do 25 października, to był czwartek kiedy wróciliśmy do domu. A potem nagle nastąpiło lądowanie w jakimś innym wymiarze, i to jeszcze bez wysuniętego podwozia.
Depresja poporodowa czy baby boom dopadły mnie dość szybko. Rozorany biust, bolący niemiłosiernie przy każdym karmieniu, moja głowa narzucająca mi kolejne musie i powinności książkowe, lub mądrości innych matek (moich guru macierzyństwa), mąż latający jak w ukropie, nie wiedzący o co piiiip tutaj chodzi, robiący oczywiście wtedy wszystko nie tak– a tak na prawdę jeździł po całej Warszawie szukając odpowiedniego ratunku na cycki, kolki, nadmiar pokarmu, jego chwilowy brak i wiele innych sytuacji, pokazujących uczciwą prawdę naszej nowej rzeczywistości już we Trójkę. Prawdę tak strasznie trudną do zaakceptowania. Bo ten czas, dla mnie zawsze był lekcją akceptacji, dania czasu czasowi, uczenia się proszenia o pomoc, przyznawania się do niemocy. Ale wtedy te hasła były dalekie jak księżyc.
Takie twarde lądowania dość często towarzyszyły i towarzyszą mi jako mamie, na różnych etapach wzrastania moich dzieci. Może nie są to już takie ekstrema jak pierwsze dni w domu z pierwszym dzieckiem, ale dalej mam tak, że nie zawsze „nowe“ powoduje pełną zgodę na to co przynosi, ba rodzi często wkurzenie (powiedziane bardzo lajtowo).
Miałam już Trójeczkę naszych Gwiazd, a czasami wręcz Meteorów i zobaczyłam, że brakuje mi „sposobu na spokojne bycie“ z dziećmi. Pewnie, można by powiedzieć, że dzieci same się wychowają, że to jakieś wymyślanie i przesada. Liczy się jakość czasu z dzieckiem, a nie jego ilość. Że dzieci mają się dostosować do naszego rodzinnego trybu życia....
Podziwiam każdego rodzica, który od momentu stania się rodzicem tak po prostu umie akceptować cały ten armagedon, słuchać i słyszeć swoje dziecko, „podążać za nim“, umie nie stosować przemocy słownej, ale też nawet fizycznej, umie nie karać, umie zachęcać do współpracy, umie nie pędzić i dać czas sobie i dziecku słuchając potrzeb swoich, swojego dziecka i nie zwariować w tym wszystkim....
Ja nie miałam wdrukowanych tych umiejętności i wiedziałam wtedy, że gdzieś je muszę nabyć, bo nie lubiłam siebie krzyczącej, czasami wrzeszczącej, karzącej, czy skupiającej się, żeby dzieci miały jak najlepiej, ale na koniec dnia to ich najlepiej nie było moim najlepiej i był dym, frustracja, płacz mój i dzieci. Wiedziałam jak chcę, żeby było, ale za cholerę nie wiedziałam jeszcze jak mam to zrobić. Takie moje wymarzone cechy mamy to miały babcie moich dzieci. Ten spokój i uważność w byciu z nimi. Ten czas, gdzie babcia G. i E. zajmowały się tylko nią lub nim. One słyszały moje dzieci, a ja często w lawinie musiów i powinności gdzieś pędziłam i tak na prawdę każdy rysunek był ładny, w szkole było dobrze, lekcje odrobione, koledzy ok, jedzenie zjedzone.
Tylko, że babcie były w wieku babci, a ja chciałam tak być z moimi dzieciakami w wieku wtedy moim, czyli trzydziestu paru lat...Miki zaczynał nastolatkować spędzając zbyt dużo czasu w Minecraft‘cie, Marycha krzyczy, że jest tak bardzo inna, wyjątkowa, że wyjść do przedszkola spokojnie nie można, Matylda ze swoim większym zapotrzebowaniem na mamę, jak zawsze słodko i bezproblemowo zajmuje sobą całą przestrzeń i ....
I tutaj sprawdziła się zasada, której jestem wierna jak pies do dzisiaj. Czyli jak przychodzi czas na jakąś zmianę Góra, albo kto tam kogo prowadzi, zapodaje rozwiązanie. Moje rozwiązanie doniosła mi moja przyjaciółka Ewa (mama trójki dzieci, starszych od moich), mówiąc mi o takich zajęciach dla Rodziców. Ona była, poleca. I poszliśmy z Darkiem na naszą pierwszą szkołę dla rodziców i wychowawców. Czekając na gotowe rozwiązania....
I to było niesamowite, bo tam zaczęła się zmiana we mnie, w moich relacjach z dziećmi. Tam pokazano mi prawdy objawione, pokazano mi, że koniecznym jest najpierw włożyć sobie/ matce maskę tlenową, a dopiero dziecku. Czyli inaczej, że jak ja nie napełnię mojego kubeczka mocy, to dam moim dzieciom i mężowi nic, okrągłe nic. Dopiero jak kubek będzie przepełniony to mogę się dzielić empatią, czasem, uważnością, miłością, radością, uśmiechem....To było odkrycie życia, klucz do mojego macierzyństwa, relacji.
Pokazano mi bezpośrednie przełożenie: realizowanie i zaspokojenie moich potrzeb, a relacja z moim dzieckiem.
No bo przecież jak ja jestem niedospana, zmęczona czyli wkurzona to przecież gdzie znajdę cierpliwość i uwagę na usłyszenie, że jeden z kolegów Marysi przyszedł na bosaka i udawał tego dnia Cejrowskiego, albo, że Matyldzie pani Basia od polskiego zabrała ludziki (których już miała nie zabierać do szkoły) i odda w poniedziałek i Matylda cierpi wręcz z tego powodu, bo Mia z Lego Friends jest u p. Basi i do tego jej Marcin dał jej pierścionek z oczkiem gigant, srebrnym – ot i szalony dzień.
Bardzo sobie cenię te wiadomości, i uważność (nad którą pracuję i ją pielęgnuję) bo przecież to ona robi relację z moimi dziećmi.
Towarzyszenie dzieciom w ich rozwoju okazało się ciekawym i zachęcającym do zmian we mnie, zajęciem. Razem z ukończeniem Uniwersytetu dla Rodziców, potem Szkoły dla Rodziców ,obudziła się we mnie chęć, wręcz pęd do rozwijania siebie jako człowieka, kobiety, mamy. Moje szkoły pokazały mi, że bycie przy dzieciakach wymaga ode mnie przede wszystkim poukładania w mojej głowie na nowo wielu rzeczy. Stawanie się świadomą mamą moich dzieci zapoczątkowało moją terapię, potem wiele różnych warsztatów, szkoleń, a potem też wiele odkryć, akceptacji siebie, mojej rodziny i świata takim jakimi jesteśmy w danej chwili. Dostałam jeszcze jeden obszar, najważniejszy dla mnie - duchowość, czucie sercem czyli intuicję - też tą matczyną. I teraz mam taki czas, że nikogo i nic nie zamieniłabym na coś inaczej. Mam swoje zainteresowania, świadomość gdzie chciałabym bardziej, oczywiście też a propos moich dzieci, ale też wiem, że na dzisiaj jest dokładnie tak jak ma być i tak jak z tą moją szkołą dla rodziców , jak na pewne rzeczy będę gotowa to się zadzieją. Ale to nie jest tak, że siedzę i czekam…Robię to, co po ludzku mam robić, też marzę o Dolomitach i ferratach w lipcu 2020, o podróży do Tajlandii na moto z Darkiem, marzę o rozwijaniu mojej strony na fb, marzę o przekazywaniu innym rodzicom Szkoły dla Rodziców, marzę o grupie wsparcia dla mam i pokazywania im, że są ok takie jakie są - nie muszą codziennie w swoim macierzyństwie realizować hasła z jednego z klubów fitness „stań się lepszą wersją siebie“, bo i tak są wystarczająco dobrymi mamami.




