Muszę się podzielić z Wami, bo mi „bok rozerwie“... A właściwie pochwalić się. Duma matczyna rozpiera moje serce.

Wróciliśmy wczoraj z Darkiem z naszej wyprawy motocyklowej do Maroka. Nie było nas 11 dni. Dla mnie był to długi czas, za długi bez dzieci, domu. Dla dzieci zdecydowanie też. Przed wyjazdem całą logistykę domową ustawiłam i zaplanowałam z pełną precyzją. Strona techniczno - obsługowa domu, dzieci ogarnięta. Ale też wiem bardzo dobrze, że jest jeszcze ten drugi ważny obszar, czyli dziecięce emocje, przytulenia, słuchanie, widzenie, codzienne manifesty akceptowania każdego z nich, wsparcia duchowego, ale też delikatnego naprostowywania młodzieżowej rzeczywistości. Przybiera ona iście fantazyjne kształty, szczególnie przy babci – która nie zawsze rozumie. I robi się dziura w sercu Nastolatki....A za nią złość, frustracja i całe kłęby „trudnych“ emocji dla każdego, a co dopiero dla Dwunastolatki. To jest chyba największa dla mnie cena naszych wyjazdów.

Lubię podróżować w piękne miejsca, trudno mi długo być w domu, bez cieszenia oka i duszy „nowym“. Lubię spędzać czas z Darkiem, a wspólne motocykle to taki czas dla nas.

I tak...

Wróciliśmy wczoraj. Zmęczona babcia w pół godziny przekazała nam dzieci, dom, psy, sprawy pilno szkolne i pojechała do domu na bardzo zasłużony odpoczynek...To prawda, jestem mocno związana z moimi dziećmi, z ich „sprawami“, opowiadają mi bardzo dużo o sobie, o tym co dzieje się w szkołach, radzą się, dzielą, testują moją tolerancję i cierpliwość, albo tylko się upewniają, że jak „coś“ to ja jestem...11 dni bez posiedzenia i pogadania (nie telefon, nie komunikatory) to są lata świetlne gromadzenia emocji, upychania ich po kątach własnego młodego ciała i duszy. A jak gromadzi się taka pulsująca ropa w różnych zakamarkach ciała to w końcu rana pęka i boli....

Dlatego nastąpił wczoraj wybuch emocjonalno - uczuciowy, zresztą zawsze tak jest po naszej nieobecności....Ale aż tak jeszcze nie było....Moja mini frustracja mieszała się z mega radością, dumą z mojego dziecka, ze mnie jako mamy.

Marysia miała do ukończenia pracę semestralną do swojej szkoły rysunku. Wybrała sobie ambitną pracę, rysunek kameleona na papierze formatu A2, miał być zrobiony ołówkiem i kredkami, z łuskami i wypustkami na grzbiecie.

Przyjechaliśmy do domu, Mery się przywitała, wyściskała, ponarzekała na brak tolerancji i postępowości babci i dziadka i poszła rysować dalej...

Co chwila było coś nie tak. A to kredki, te konkretne kredki, gdzieś sprzątnęłam, a to łuski kameleona nie wychodziły tak jak trzeba, a w ogóle to mało czasu....Znacie to? Ja tak i czekałam na wybuch...

Za około 10 minut nastąpiła erupcja wulkanu, eskalacja złości, lawa poczucia winy, wstydu, czucia się przez długie 11 dni nie taką jakiej oczekiwała babcia, dziadek, opiekunka...

Marysia nazywała uczucia po kolei, mówiła, wrzeszczała co się z nią dzieje, nie obwiniała siebie. Mówiła o ogromnej złości, którą czuje w rękach, nogach. Mówiła o babci, która wywołuje w niej poczucie winy....Marysia w swojej opowieści pokazała w jaki sposób my dorośli, swoim zachowaniem, w tym przypadku nieświadomym babcinym i opiekunki, jesteśmy w stanie zamieść emocje dzieci, poróżnić rodzeństwo, jak rozkręcić dziką wręcz rywalizację między dwiema nastolatkami, które normalnie darzą się miłością, szacunkiem i nawet czasami się przytulają...

Po pół godzinie tornada, wykrzyczeniu 10 ton skitranych uczuć, nastąpił spokój i pojawił się znowu uśmiech na pięknej, rozluźnionej buzi M. I co powiedziała?

"Mamo, zostawię już tego kameleona, bo chciałam zarysować moją złość....z tego dzisiaj już nic nie będzie, dokończę jutro...."

Mi z wrażenia szczęka opadła..., moja 12 letnia Córka jest dojrzała, świadoma, czująca - to wiedziałam, ale aż tak ? Może nietaktem jest takie wychwalanie swojego dziecka, ale to co się zadziało wczoraj pokazało mi jako rodzicowi jak bardzo warto jest pracować, czasami trudno i ciężko ze sobą, nad sobą. Jak bardzo otwierające i inspirujące były warsztaty dla rodziców, gdzie uczyłam się jak z szacunkiem, otwartością i miłością prowadzić dzieci, pozwalając im się potykać, szukać, nazywać, wybierać, a czasami mądrze zachęcać do współpracy....Te lata pracy nad sobą, ta nauka budowania poczucia własnej wartości mojej, jako Ewy, to uczenie się czucia, nazywania i akceptowania nawet tych niewygodnych emocji tak pięknie przekłada się na dziecko. A Mery po prostu wie i nazywa.

Ot i taki prezent dostałam wczoraj....



Uśmiechnięta dziewczynka, mrużąca oczy uśmiecha się lekko, w tle pagórki
Marysia, Park Narodowy Joshua Tree, luty 2019

Dziewczynka nad talerzem tostów z jajecznicą  w jadłodajni
Marysia, jadłodajnia, w okolicy Wielkiego Kanionu, luty 2019